Jak wygląda wizyta u psychologa?

„Pierwsze spotkanie z terapeutą – obalamy wszystkie mity”, „Jak przygotować się do pierwszej sesji z psychologiem?”, „Co powiedzieć psychiatrze?”. To tylko kilka, wyrwanych z czeluści wyszukiwarki, haseł z tagiem „t e r a p i a”.

Tytuły artykułów bywają różne, ale ich zawartość jest taka sama. Kilka myślników lub podpunktów o wybieraniu odpowiedniego nurtu terapii i o powodzie, który skłonił Cię do rozpoczęcia terapii (plus wyjaśnienie dlaczego właśnie ten, a nie inny).

Moje trudne początki

Na terapię zdecydowałam się na początku 2020 roku. Przewertowałam całe dostępne mi zasoby internetu w poszukiwaniu informacji, jak będzie wyglądać kilka pierwszych spotkań z
moją terapeutką. Niestety, żaden z wyników wyszukiwań nie zadowolił mnie w pełni.

Owszem, doedukowałam się w kwestii nurtów terapii i tego, że jest to długi, czasami mozolny proces. Dowiedziałam się, że nie powinnam wymagać poprawy po pierwszym spotkaniu i że widoczne zmiany mogę zaobserwować dopiero po około roku. Jako osoba w gorącej wodzie kąpana, nieco się zraziłam. Niestety, nie mogę zapewnić, że w Twoim wypadku będzie inaczej.

Coś mi mówiło, że wciąż nie wiem wszystkiego, czego chciałabym się dowiedzieć. Nie umiałam jednak sprecyzować czego szukam.

Moja pierwsza wizyta u psychologa miała się odbyć na początku marca, jednak została odwołana z powodu wybuchu pandemii koronawirusa. Przychodnia znajdowała się w mieście, w którym szybko odnotowano pierwsze zachorowania, dlatego w poradni nie chciano ryzykować.

Długo zwlekałam z umówieniem się do lekarza w innym miejscu. Dopiero w połowie sierpnia, gdy wirus nieco wyhamował, po stresującym okresie w domu oraz pracy i pod wpływem emocji, zadzwoniłam do mojej przychodni. Umówiłam się do tej samej terapeutki, do której miałam udać się wcześniej.

Sesja pierwsza i każda następna

Mimo mojej jawnej niechęci do takiej komunikacji, wizyta miała formę rozmowy telefonicznej. Mam 23 lata i wbrew temu co sądzą przedstawiciele starszych pokoleń, umiem sobie radzić bez internetu i nowych technologii. Wolę, gdy spotkania z przyjaciółmi czy zwykła rozmowa odbywają się twarzą w twarz.

I tutaj napotkałam problem. Wszystkie artykuły, które przeczytałam, mówiły o terapii w gabinecie – takiej twarzą w twarz, gdzie siedzisz na kanapie lub fotelu naprzeciwko terapeuty. Nie pomyślałam o tym, żeby poczytać o sesjach online. Przyznaję się, to mój błąd. Ale nie o tym chcę pisać.

Wbrew moim przypuszczeniom i strachowi, który ciągle czułam, pierwsza sesja przebiegła bez problemów. Pani psycholog zapytała mnie o podstawowe rzeczy: imię, nazwisko, wiek. Później przeszłyśmy do zdefiniowania mojego problemu. Potrzebowałam dłuższej chwili, by go nazwać – jeśli też będziesz mieć z tym kłopot, nie martw się i daj sobie czas do namysłu. Tutaj chodzi o Ciebie i Twoje zdrowie. Nie lekceważ tego.

Musiałam zdefiniować swoje problemy oraz określić jakie emocje we mnie budzą i co chcę osiągnąć przy pomocy terapii. To ważne sprawy i każdy terapeuta powinien zadać Ci takie pytania. Ta część stanowi fundament, który wylejesz pod następne spotkania. Właśnie na nim będziesz później pracować. Pamiętaj jednak, że to tylko fundament. Nie zapominaj, że znaczenie ma to, co na nim wybudujesz.

Ku mojemu zaskoczeniu, na pierwszym spotkaniu otworzyłam w głowie „szufladkę”, o której nie miałam pojęcia. Nie wzięła się ona znikąd, tylko czekała na dobry moment, by dać się otworzyć. To właśnie był ten moment!

Wierzę, że każdy z nas ma w sobie coś takiego. Większy lub mniejszy kufer ze wspomnieniami lub uczuciami, do których nie chcemy wracać. Terapia to proces robienia porządków w tych kufrach. Może być nieprzyjemnie, ale razem z terapeutą ogarniesz ten bałagan.

To co powinnam była powiedzieć, a co zataiłam

Przez terapeutkę zostałam poproszona o opowiedzenie całego życia. Od najwcześniejszego momentu, jaki pamiętam, do ówczesnego dnia. To było trudne i zajęło mi 5 spotkań. Skupiłam się raczej na wydarzeniach i pomijałam uczucia, które w danych momentach mnie ogarniały. Wiele razy pani psycholog próbowała naprowadzać mnie na ten temat, ale ja puszczałam to mimo uszu albo zbywałam tekstem typu „nie pamiętam, co wtedy czułam.”

Gdzieś pomiędzy moją trzecią a piątą sesją, zaczęłam tracić pewność, czy ta terapia ma sens. Jednak na sesji nie wspomniałam o tym. Podczas czwartego spotkania, wszystko co mówiła do mnie terapeutka odbierałam jako atak personalny. Jednak nie dawałam tego po sobie poznać. Z trudem dotrwałam do końca. Jeszcze gorsze było to, że chwilę później musiałam pójść do pracy.

Cały dzień nosiłam w sobie uczucie zawodu. Byłam też wściekła, bo nie poszłam na terapię po to, by terapeuta mnie atakował. Zastanawiałam się, czy nie powinnam odwołać następnego spotkania, ale z drugiej strony nie chciałam tego robić. Wiedziałam, że po pierwszym spotkaniu i nadaniu moim problemom nazw – poczułam się lepiej.

O moich obawach i uczuciach porozmawiałam z siostrą, która studiuje psychologię. Powiedziała mi coś, czego w internecie nie znalazłam – że trzeba dzielić się z terapeutą swoimi myślami o relacji pacjent-terapeuta. Jeśli czujesz, że zamykasz się na to, co terapeuta do Ciebie mówi – powiedz to. Jeśli czujesz, że kierunek, w którym zmierza terapia Cię nie satysfakcjonuje – powiedz to. Jeśli terapeuta nie spełnia Twoich oczekiwań – powiedz to.

Żeby terapia dała pożądany przez Ciebie efekt, Twoja relacja z terapeutą musi opierać się na zaufaniu i szczerości. Zatajanie uczuć i przemyśleń nie sprawi, że poczujesz się lepiej. Wręcz przeciwnie, Twój stan może się pogorszyć.

Nie taki straszny ten online, jak go sobie malowałam

Cieszę się, że podjęłam się tego wyzwania, bo właśnie tym dla mnie jest terapia. Nie tylko w wersji online. Przed pierwszą sesją strasznie się bałam. Tego, że moje problemy okażą się zbyt błahe na terapię albo tego, że pani psycholog będzie mnie oceniać. Bałam się, że telefon mi się rozładuje; że nie będę mieć zasięgu; że rozłączy nas w połowie rozmowy. Miałam w głowie też najczarniejszy i najbardziej absurdalny scenariusz. Mianowicie, przez atak obcych, mogły zostać zerwane wszystkie łącza. Od tych kablowych po Wi-Fi.

Już pierwsze spotkanie nieco wyciszyło moje obawy. Przecież, jeśli coś się rozłączy, można zadzwonić jeszcze raz. Jeśli zgubię zasięg, postawię telefon w innym miejscu. Kiedy telefon zacznie się rozładowywać, to sięgnę po ładowarkę.

Jednakże największą zaletą, jaką dostrzegłam w sesjach online, było to, że w dobie koronawirusa, mogę z terapeutką rozmawiać we własnym domu. Ba, we własnym pokoju, w łóżku pod kołdrą i w dole od pidżamy. Uniknęłam też bezpośredniego kontaktu z drugą osobą, który w najgorszym wypadku skutkowałby zakażeniem COVID-19.

Terapia online to najlepsza alternatywa dla tej tradycyjnej – idealna dla osób, które boją się dziś o zdrowie swoje i swojej rodziny. To też jeden powód mniej, do ciągłego odkładania pierwszej wizyty u psychologa. Czeka mnie jeszcze sesja w realu, która trochę napawa mnie lękiem. Jestem jednak bogatsza o doświadczenia i wiem, że z każdą przeszkodą – która się wówczas pojawi –przy wsparciu terapeutki sobie poradzę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You May Also Like