Mama sama

Czyli o tym, że można, że się da, że bywa różnie, ale szczęścia i satysfakcji nie zabraknie. 

Wielka miłość od nastoletnich lat. Plany na całe życie we trójkę. Ja, on i nasz syn razem. I nagle – boom – rozpadło się.

[…]

Nigdy więcej z nikim. 

[…]

Wielka miłość. Jest taki dobry dla mnie i mojego syna, tak dobrze nas traktuje, to ten jedyny, ten wspaniały. Ciąża, radość, strach. I nagle – boom – rozpadło się. 

Tak w skrócie mogłabym opisać dwa moje związki. Pierwszy – długi, drugi – krótki. Niejedna kobieta może opisać takimi zdaniami swoją sytuację. Samotną matką zostaje się z wielu powodów i w różnych sytuacjach. Niemniej jednak w tych trudnych sytuacjach większość kobiet odnajduje w sobie ogromne pokłady siły do walki o lepsze jutro dla siebie i swoich dzieci. 

Ja mam 28 lat i jestem singiel-mamą dwóch wspaniałych chłopców. Nie jestem żadną profesjonalną mówczynią, blogerką czy pisarką. Jestem zwyczajną dziewczyną, mamą, córką, koleżanką. 

Dziś już sobie radzę. Musiałam się „ogarnąć”. 

Nie planowałam samotnego macierzyństwa. Zawsze chciałam mieć pełną rodzinę, kochającego męża, który byłby jednocześnie moim partnerem i odpowiedzialnym ojcem. Ten plan nie wypalił. 

Moja historia z samotnym macierzyństwem zaczęła się, gdy pierwszy synek miał półtora roku. To wtedy podjęłam trudną decyzję o zakończeniu związku. Płakałam, bo kochałam do bólu, ale odeszłam dla dobra nas wszystkich. Niestety, tata mojego synka nadużywał alkoholu. Czy po rozstaniu było łatwo? Nie. Było bardzo ciężko. Przepłakałam wiele nocy i dni. Po każdym załamaniu, po każdej łzie, podnosiłam głowę i wstawałam. Miałam dla kogo. Chciałam, aby jego małe oczka widziały uśmiech na mojej twarzy, a nie trudności, z którymi mierzyłam się każdego dnia.  

Wspierała mnie mama. Nie zmieniało to faktu, że, czułam się tak bardzo samotna i zraniona. Kiedy biegłam na autobus, leżałam z szeroko otwartymi oczami w nocy, czy słuchałam opowieści znajomych, w myślach zarzekałam się: „Nigdy więcej związku i kolejnego dziecka!”. Każdy z nas wie jednak, że życie pisze swój scenariusz i nieczęsto pyta nas o zdanie. Wtedy jednak zdarzyło się coś dobrego. Znacie to uczucie, kiedy ekscytacja miesza nam w brzuchu, a uśmiechnięte oczy sprawdzają ekran telefonu czy przyszła kolejna wiadomość?

Zakochałam się. Po całości. On był wspaniały. Troszczył się o nas. Tak bardzo tego wtedy potrzebowałam. Nawet nie wiem, kiedy to się stało, ale coś zaczęło pękać. Pojawiały się trudności i nagle…znów zostałam sama. W ciąży. „O nie, znowu.” Czarne myśli i lęki wwiercały się we mnie, a ja sama czułam jak ponownie lecę w dół. Załamanie za załamaniem. Czułam się … nie, ja się nie czułam. Byłam zła na siebie, że nie potrafiłam stworzyć pełnej rodziny. Miałam poczucie winy, że to coś ze mną jest nie tak i dlatego moje dzieci żyją w rozbitych rodzinach. 

Byłam rozdarta i nie radziłam sobie ze swoimi problemami. To wpływało bezpośrednio na dzieci. Kiedy byłam rozdrażniona, nerwowa, rozchwiana, to i mój synek taki był. Znajome? Kiedy zaczęłam obserwować swoje życie i własne zachowania, wnioski przyszły bardzo szybko. Kiedy moje pociechy widzą, że jestem spokojna i szczęśliwa, one też są szczęśliwe i spokojne. Niby to takie proste, ale łatwo się mówi. 

Na szczęście trafiłam na wspaniałych ludzi, którzy podnieśli mnie, wsparli słowem i obecnością.

Rozpoczęcie terapii pokazało mi, że każda trudna sytuacja czegoś nowego mnie uczyła. Była lekcją. Często bardzo bolesną. Dzięki osobom, które ze mną rozmawiały, dzisiaj śmiało mogę powiedzieć, że jestem samotną matką i nie wstydzę się tego. Jestem szczęśliwa, jak nigdy dotąd.

Patrzę na uśmiechy moich chłopców i coś ściska mi gardło. Znacie to uczucie? Wynagradzają wszystko. Zawsze, kiedy czuję się słaba, kiedy jest mi źle, kiedy nie daję rady wiem, że gdy spojrzę na nich, moc wraca. Znów znajduję się na właściwej drodze, jadę we właściwym kierunku, a co więcej, wiem, że nie zabraknie mi paliwa. Dam radę. 

Zaczęłam doceniać wartościowe relacje wokół mnie. Unikam toksycznych związków. Złe sytuacje nie paraliżują już mnie całkowicie. Nic nie dzieje się jednak nagle. Jestem w tym miejscu, bo ciężko nad tym pracowałam każdego dnia. Robiłam krok, a później następny i kolejny. 

Piszę to dlatego, żeby dać świadectwo tego, że jest nadzieja. Że będąc rodzicem, nieważne czy samotną mamą, czy tatą, można odnaleźć spokój i radość w sobie. Nawet jeśli dzisiaj czujesz się tak skopany przez los, że nie możesz oddychać, jest nadzieja, że odzyskasz swoje życie, a później podarujesz dobre emocje swoim dzieciom. Tę radość i siłę masz w swoim sercu!  Moja radość ma na imię Oskar i Piotr. A jak ma na imię Twoja? 

Joaquin Raphael Phoenix powiedział: „I myślę, że właśnie wtedy jesteśmy najlepsi: kiedy wspieramy siebie nawzajem. Nie, kiedy zamykamy się przed sobą i wytykamy sobie błędy z przeszłości, ale właśnie wtedy, kiedy wzajemnie sobie pomagamy wzrastać, kiedy uczymy się wspólnie, kiedy prowadzimy się nawzajem ku odkupieniu”. 

Życzę Ci odwagi wschodzącego słońca, które mimo nędzy i ogromu zła tego świata, dzień po dniu wschodzi i obdarza nas blaskiem i ciepłem.

Dominika

P.S. I jeszcze jedno, pamiętaj – pech nie wyklucza szczęścia.

zdjęcie: archiwum prywatne

1 comment
  1. Nie wiem co mam napisać?
    Jestem z buzią przy podłodze.
    To tak jakby ktoś wszedł we mnie i ujął w słowa moje
    uczucia.
    Myślę, że ten wpis podbuduje wielu samotnych rodziców.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You May Also Like